Odliczając do „Logana”, część 4

Trzeciego marca 2017 roku na ekrany polskich kin wchodzi „Logan”, ostatni film, w którym w rolę niezniszczalnego Rosomaka wciela się Hugh Jackman. W oczekiwaniu na ten dzień, uruchamiamy krótką serię felietonów, przybliżających najciekawsze wątki, najmniej znane obrazy i interesujące sylwetki składające się na pokaźny subgatunek kina superbohaterskiego. 

50 Twarzy Logana

Bilety kupione? Miejsca wybrane? Mam nadzieję, bo dzień jest bliski. Skracając sobie czas oczekiwania na godzinę zero, wspominam nierówną drogę Wolverine’a na szczyt popularności. Kłamie parszywie ten, kto twierdzi, że Logan od początku był ulubieńcem Marvela czy – choćby – X-Menów. Nic bardziej mylnego. Logan zaczynał jako szary bohater tła w komiksie o… Hulku.

Ach te brwi pierwszego kostiumu Rosomaka…

Oto rok 1974 zabiera wiernych czytelników przygód Wściekłej Sałaty do Kanady, gdzie w leśnych ostojach Hulk będzie prał się solidnie z Wendigo. Walkę przerwie na chwilę niski i barczysty jegomość z kiepskimi manierami. Ma na sobie żółto-niebieski, obcisły strój, a jego z jego dłoni wysuwają się zakrzywione, szpikulcowate szpony. Oto interweniuje wywiad kanadyjski w osobie Wolverine’a, tajnego agenta. Nowo przybyły wykazuje się zmysłem taktycznym – włącza się w walkę z zamiarem wykorzystania sytuacji do położenia obu mocarzy, ale pomiędzy sierpowymi dogaduje się z Hulkiem i wspomaga Sałatę w walce. Czytelnicy musieli polubić kanadyjskiego prymitywa, bo niedługo potem jego bazę odwiedza Charles Xavier, który daje mu szansę przystąpienia do X-Men. Profesor X pragnie wzmocnić oryginalną drużynę (Jean Grey, Cyclops, Beast, Angel i Iceman) i tak do szkoły mutantów trafiają Ororo Munroe, znana jako Storm, Kurt „Nightcrawler” Wagner, syn Matki Rosji Colossus, Irlandczyk Banshee i Wolverine właśnie. Jest to – tak na marginesie – epokowy ruch Marvela w kierunku międzynarodowym. Większość superbohaterów to Amerykanie, a tu taka internacjonalna ekipa…

Groźny i zły. Druga połowa lat ’70, kanały pod rezydencją Hellfire Club.

Wolverine lat ’70 to postać tła. Sympatyczna i wyraźna, ale nie ma większego przełożenia na dynamikę grupy. Sporadycznie kłóci się ze Cyclopsem (scenarzyści akcentują we tej formie status Logana jako samca alfa, nieznoszącego konkurencji na fotelu pilota), od czasu do czasu rzuci tekstem i bije, tnie, kopie i gryzie. Co ciekawe, o metalu w jego kościach nie ma ani słowa. Logan dość szybko zakochuje się w Jean Grey, co daje dalsze podstawy do konfliktów z Cyclopsem i nadaje mu nieco głębi – zakochany Wolverine jest bowiem drażliwy, zakompleksiony i agresywny. Ten związek jednak będzie miał charakter platoniczny aż do końca, czyli do śmierci Jean.

Wolverine rośnie w cechy dystynktywne. Wyrywa się z tła. W trakcie wydarzeń prowadzących do tragicznego finału życia Jean Grey, które komiksiarze znają pod nazwą Sagi Phoenix, a kiniarze pod nazwą X-3 Ostatni Bastion, Wolverine ratuje X-Menów z trudnej sytuacji po raz pierwszy. Wciąż jest prymitywem i agresywnym pojemnikiem na testosteron, ale nabiera powoli potencjału.

Prawdziwie trójwymiarowy nasz Rosomak staje się jednak dopiero w 1982 roku, kiedy trafia w ręce scenarzysty Chrisa Claremonta. Do pary Claremont dostaje znakomitego rysownika, Franka Millera. Dom Pomysłów daje panom jedno proste zadanie – wystartować nową serię wydawnictwa, poświęconą tylko Wolverine’owi. I tak powstaje arcydzieło.

Wolverine Millera. Ideał.

Komiks obecnie znany jako Wolverine to w istocie cztery pierwsze zeszyty tej nowej serii. Kanadyjski mutant otrzymuje niepokojące wieści z Japonii, od kobiety, która zawładnęła jego sercem. Wyczuwając zagrożenie, Logan rusza na pomoc do Krainy Kwitnącej Wiśni, gdzie spotka się z nieznanymi dotąd zagrożeniami – klanami ninja, samurajami oraz – co najgorsze – prawie nieprzekraczalną barierą kultur. Skądś to znacie? Z filmu? O tym samym tytule? Nic nie znacie, Moi Drodzy. O ile film z 2013 roku to – co najwyżej – poprawna produkcja, komiks jest majstersztykiem. Prosta, dosadna fabuła, której filmowe wtręty i komplikacje bardziej zaszkodziły niż pomogły. Nie ma tu Silver Samuraia, nie ma Viper, bo i też ich nie trzeba. Jest starcie Logana z obcą kulturą, walka na ostrzu katany o kobietę, którą pokochał. Claremont prowadzi narrację z poziomu pierwszej osoby, dając Loganowi okazję do przedstawienia się czytelnikowi. Padają kultowe słowa: W tym co robię, nie ma ode mnie lepszego. Ale to, w czym jestem najlepszy, nie jest zbyt przyjemne. Taki już będzie Wolverine i taki jest ten komiks – najlepszy, choć niezbyt przyjemny. Tak jak Claremont ustali charakter Logana, tak kreska Millera ustali jego wygląd. Bujne bokobrody, rozwichrzona czupryna kruczoczarnych włosów i parszywy uśmiech błyszczący z okładek – oto Wolverine jakiego znamy. Przy okazji – to Millerowi zawdzięczamy dzisiejszy wygląd szponów Logana. Przed nim rysowano je jako zakrzywione szpikulce, a to on pierwszy zaczął rysować ostrza.

Na dekadę Wolverine zadomowi się teraz wśród najpopularniejszych bohaterów Marvela. Ale dziewięć lat później przyjdzie czas na kolejną ewolucję, kolejne pogłębienie postaci. W latach ’90 ubiegłego stulecia Marvel prowadził ekspansję na inne rynki. W tym celu zatrudniał wielu utalentowanych europejskich twórców. Ale Marvel lubi kontrolę, więc kiedy do centrali studia zgłosił się brytyjski rysownik okładek, Barry Windsor-Smith, i zaproponował samodzielne stworzenie historii o Rosomaku, to nie miało prawa się udać. A jednak… Barry dostał zgodę na samodzielną pracę i stworzył kolejny komiks przełomowy, tym razem opisujący szczegóły nieludzkiego eksperymentu, który dał Loganowi niezniszczalny szkielet.

Tak, wiem. To też filmowcy zmałpowali i spłycili.

Broń X z 1991 roku to komiks niesamowity. Logan jest w nim niemym, zezwierzęconym obiektem, którego przemianę w sterowalne narzędzie wojny i zniszczenia obserwujemy z perspektywy naukowców prowadzących eksperyment. Niepokojące kadry, skłonna do przesady, ostra kreska i kolorowy misz-masz kojarzą się z feerią wspomnień, które każdy normalny człowiek wolałby zapomnieć. Bez tego obrazu nie sposób zrozumieć Wolverine’a. Na każdym kadrze widać zadawany mu ból i cierpienie, którego nikt bez mocy natychmiastowej regeneracji nie byłby w stanie przeżyć. Czyta się to nieprzyjemnie, chcąc spieszyć do końca, ale sprawność dialogów i dawkowanie akcji przykleja do stron. Aż wreszcie z ostatnim kadrem czytelnik znacznie lepiej rozumie szorstkość i nieufność Logana, któremu zgotowano tak makabryczny los.

Jubilee, jedna z podopiecznych Wolverine’a

Wolverine lat ’90 to już zatem ukształtowany bohater. Rozumiemy jego przeszłość, czujemy jego motywację. Przeszedł daleką drogę od prymitywa w trykocie, który przaśnym językiem wykrzykuje łanlajnery z tła. Poznajemy go jako szorstkiego, ale troskliwego

opiekuna dla nastoletnich mutantek – Kitty Pride czy Jubilee. Filmowcy sprowadzili tę opiekuńczość do relacji z Rogue w oryginalnej trylogii X-Men. Tematu jednak nie wyeksploatowano – fabuła Logana będzie się bowiem kręcić wokół kolejnej nastolatki, Laury (fanom komiksów znanej jako X-23). W roli faktycznego rodzica Wolverine nie sprawdził się jednak – jego syn, Daken, jest jednym z łotrów tego uniwersum. Nie jest to jednak postać godna przywoływania i poza najzagorzalszymi czytelnikami nikt raczej o nim nie słyszał.

Wraz ze zbliżającym się nowym milenium Dom Pomysłów szykował sporą rewolucję. Wolverine, jak wielu innych bohaterów, zbliżał się już do momentu, w którym coraz trudniej było cokolwiek ciekawego o nim napisać. Potrzebny był reset.

Logan zdobi większość okładek serii Ultimate. Seria Ultimate niestety jednak nie zdobi Logana.

Nowe tysiąclecie przyniosło zatem potężny reset uniwersum Marvela. Pojawiły się serie Ultimate, czyli próba opowiedzenia na nowo tych samych historii. Niektórzy odmłodnieli, zmieniono wiele origin stories, pojawił się seks, dużo dosadniejsza przemoc i nowa problematyka. A Logan dostał kolejny kamyk do ogrodu przeszłości w formie Wolverine: Geneza. O tym komiksie pisałem już poprzednim razem, toteż nie będę się powtarzał. Ponieważ jednak i X-Meni dorobili się serii Ultimate, współczesna forma Rosomaka również otrzymała lifting. I olbrzymie spłycenie.

Wolverine trafia do X-Men jako zabójca nasłany przez Bractwo Mutantów z misją zabicia Charlesa Xaviera. Niedługo potem trafia do sypialni Jean Grey, która zresztą jest w tym komiksie jest rozpuszczoną gówniarą. Jest silny, jest bezwzględny i prymitywny do bólu. W oczywisty sposób jest ofiarą ówczesnej strategii marketingowej Marvela, która do wyszukanych nie należy. Ultimate X-Men to tytuł mający zachęcić do komiksów nastoletnią widownię przełomu wieków. Nie ma w tej serii nic godnego uwagi, a przynajmniej nic, co wzbogaciłoby postać niezniszczalnego Rosomaka. Niewiele lepszą mam zresztą opinię o innych uwspółcześnionych wersjach X-Menów, seriach Astonishing X-MenNew X-Men, które tak samo wtórnie i nieudolnie obchodzą się z Wolverinem.

Wiele jeszcze wcieleń Rosomakowi nadawano. Marvel miotał się strasznie, borykając z zapaścią komiksowego rynku. Wolverine był jednym z twórców grupy New Avengers, zakończył dramatycznie pełen miłości nienawiści związek z Mistique, dorobił się syna, ale z zalewu komiksowych kadrów w zasadzie jeszcze tylko jeden tytuł wybił się poza przeciętność. W formie zeszytowej pojawił się w 2008 roku, ale zbiorczego wydania i tytułu, pod jakim zna go świat dorobił się rok później. To Staruszek Logan.

Film drogi, postapo… Logan jako Mad Max?

Należy zaznaczyć, że historia ta ma charakter alternatywny. Nie jest to kanoniczna fabuła, jedynie pewna wariacja na marginesie. Rzecz dzieje się pięćdziesiąt lat po tym, kiedy bohaterowie zostali pokonani przez łotrów, którzy obecnie rządzą tym, co zostało z USA. Pustkowiem, na którym zdziesiątkowani, żyjący w ruinach miast ludzie wiodą postapokaliptyczne życie. Stary Logan ma kochającą żonę i dzieci. Jest farmerem pod dawnym Sacramento, a rządzący Wschodnim Wybrzeżem synowie Hulka i She-Hulk ściągają z niego regularny, niszczący haracz. Logan jest pacyfistą, zdruzgotanym falą śmierci i zniszczenia. Na jego rękach konała Jubilee, to on pochował większość X-Menów. Z musu jednak przystaje na propozycję Hawkeye’a, którego ma przewieźć aż na Zachodnie Wybrzeże. Łucznik bowiem oślepł i mimo że wciąż włada łukiem nad podziw skutecznie, prowadzenie samochodu przerasta jego możliwości.

Powstał z tego założenia znakomity komiks. Brutalna rzeczywistość pod butem arcyłotrów przedstawiona w komiksie drogi. Wolverine musi po raz kolejny odnaleźć siebie, to w czym jest najlepszy, a co aktualnie tkwi gdzieś zupełnie zapomniane pod ruiną wspaniałej przeszłości. I choć komiks ma wysoce kontrowersyjne zakończenie, jest to przygoda warta grzechu. Ciekawa gra z postacią Rosomaka w dalekiej przyszłości.

Już tylko godziny…

Lubię filmy Marvela, ale ich twórcy mają bardzo niewiele szacunku dla oryginału. Genialne plansze są spłycane, rabowane z pojedynczych wątków i symboli. Tak skończyło komiksowe Extremis i Mandaryn w Iron Man 3. Albo Phoenix w X-3 Ostatni Bastion. Tak też niechybnie skończy historia siwowłosego Wolverine’a. Nie mam jednak o to dużego żalu do filmowców z Marvel Studios i 20th Century Fox, bo przynajmniej na casting zwracają należytą uwagę. Dają nam wcielenia ulubionych bohaterów, które oddają honor swym komiksowym protoplastom. W plejadzie znakomitych aktorów, od Patricka Stewarda w roli Profesora X, przez Magneto McKellena, Starka w wydaniu Roberta Downey’a Jr, Chrisa Hemswortha jako Thora, Chrisa Evansa z tarczą Kapitana Ameryki, czy wreszcie Benedicta Cumberbatcha i jego Dr Strange’a, jednak to Hugh Jackman osiągnął najwięcej. Kiedy zakładał ten kostium po raz pierwszy, ukształtował nasze oczekiwania względem bohaterów komiksowych na ekranie. Postawił bardzo wysoko porzeczkę następnym aktorom. Niektórzy – w tym ja – będą twierdzić, że poprzeczki tej żaden z aktorów poza nim nawet nie dotknął. Dlatego za kilka dni pożegnam niezwykłą kreację aktorską uczestnicząc w seansie ostatniego Logana według Hugh. I nauczony doświadczeniem serii Ultimate X-Men, po tym wielkim dokonaniu życzę następnym wcieleniom Rosomaka wiele powodzenia, ale zwyczajnie w to powodzenie nie wierzę. Logan jest tylko jeden.

 

O Szymon

… And that’s not even his final form! Szymon Urbanowicz, na co dzień szkoleniowiec z obszaru IT, spędza wolny czas konsumując multimedia. Nie po równo! Najwięcej pasji dają mu komiksy, ale filmy, książki i gry (w każdej formie) nieustannie depczą obrazkom po piętach. Otarł się o dziennikarstwo, w tym radiowe, pracę w szkole (jak na grzecznego polonistę przystało), ale szczęście znalazł w andragogice. Sympatyk planszówek, marvelowy fanboj, postara się, by żaden warty poruszenia wątek okołokomiksowy nie został przez ekipę pominięty. Będzie wtrącał się do tematów ekranizacji i egranizacji. A że również o filmach ma co nieco do powiedzenia…
Dodaj do zakładek Link.