Hiperbola gore i minimalizm

Uwielbiam horror filmowy, ale jestem bardzo selektywny. Nie robią na mnie wrażenia slashery z lat 70-tych i seryjni mordercy ganiający roznegliżowane nastolatki (remake Teksańskiej piły… obejrzałem tylko ze względu na Jessikę Biel :). Nie emocjonują gotyckie opowieści romantyczne o wampirach (cenię Draculę Coppoli, ale fanem nie jestem). Nie bawią mnie horrory akcji o wilkołakach (tak, Kate Backinsale wygląda szałowo w błękitnych soczewkach i lateksie, ale nie na tyle, bym zakochał się w całej serii Underworld). Cenię klasyczne monster movies studia Universal z okresu 1920-1960, ale bardziej z punktu widzenia historyka kinematografii aniżeli zafascynowania wymiarem artystycznym tych filmów (w swojej kolekcji posiadam jednakże blu-rayowe wydanie Universal Classic Monsters: The Essential Collection).

Przerażają mnie (i fascynują jednocześnie) za to utwory ze złotej ery mechatroniki kinowej, czyli lata 80 ubiegłego wieku. Manekiny, protezy, kukły, hektolitry sztucznych flaków i krwi. A to wszystko rozrywane, deformowane, rozczłonkowywane, dekapitowane, mutowane. CGI w horrorze jako główne narzędzie kreacji nie ma dla mnie racji bytu. Liczą się tylko efekty praktyczne. W horrorze fascynuje mnie strona techniczna. Lubię wiedzieć, w jaki sposób autor kreuje swoje pokręcone wizje, jakich trików używa, jakich narzędzi, ile czasu wymaga przygotowanie się do danej sceny itd. Taka dekonstrukcja filmowej magii pozwala mi chyba uporać się z traumatycznymi przeżyciami podczas niektórych seansów (i know, weirdo). Uwielbiam także, kiedy reżyser pozwala pracować mojej wyobraźni. Najbardziej przeraża przecież to, czego nie widać, to co w cieniu, na granicy percepcji, niedopowiedziane, nieokreślone.

Tymczasem, zanim przejdę do krótkiego omówienia mojego subiektywnego TOP5 wspomnę filmy, które również z rożnych względów zapisały się na zawsze w mojej pamięci, ale odrobinę im zabrakło, by zawalczyć o najwyższe laury. A wiec miejsca od 10 do 5 wyglądają następująco: Wstrząsy (1990), Drabina Jakubowa (1990), Odmienne stany świadomości (1980), Obcy – 8 pasażer Nostromo (1979), Szczęki (1975). No to teraz najlepsze z najlepszych:

5. Martwica mózgu (Braindead), 1992, reż. Peter Jackson

Wahałem się pomiędzy Cannibal Holocaust Dario Argento a Martwicą i zdecydowałem jednak, że moje zestawienie potrzebuje na wstępie nieco odetchnąć. Tak więc na początek akcent o mocnym rysie komediowym, choć w nie tak bezpiecznym dla widza ujęciu, jak to jest w przypadku Co robimy w ukryciu we wczorajszym top Agnieszki. Martwica mózgu to nowozelandzki rollercoaster, estetyczna jazda bez trzymanki i przekraczanie granic dobrego smaku w kategoriach formalnych jak i artystycznych. Obrzydzenie widza miesza się tu z histerycznymi spazmami śmiechu. Ilość sztucznych flaków, wnętrzności i syropu klonowego wylewających się z postaci, bryzgających na wszystko dookoła, włącznie z kamerą, przekracza wszelkie normy Złego smaku i logiki. To chyba jedyny film, który za pomocą figury zombie bierze się za bary z tematem trudnej sztuki bycia rodzicem. Klasyka i zarazem synteza tzw. brązowej ery horroru (lata 70 i 80), która w przeciwieństwie do złotego i srebrnego okresu (odpowiednio: lata 30 i 40, 50 i 60) horroru postawiła sobie za cel zszokować widza, wzbudzić w nim wstręt, a jednocześnie zafascynować klinicznością śmierci i przypomnieć o kruchości ludzkiego ciała.

4. Noc żywych trupów (The Night of the Living Dead), 1968, reż. George A. Romero

Najstarszy horror w moim zestawieniu. Definiuje nie tylko gatunek zombie movie, ale można go uznać również za cezurę powstania współczesnego horroru. Stoi na granicy pomiędzy klasycznym horrorem wywodzącym się z powieści gotyckiej (opuszczony dom/zamczysko na uboczu, upiorna atmosfera, zombie wizualnie bliskie klasycznym monstrom) a jego współczesną, definiowaną już przez filmowe środki wyrazu wersją (szczegółowe scenografie, dynamiczny i zsynchronizowany montaż obrazu i dźwięku, brutalizacja aktów przemocy, częste operowanie detalem i zbliżeniem). Romero odwraca także klasyczny schemat fabularny, w którym to bohaterowie próbują wydostać się z upiornego domostwa, kiedy w Nocy… walczą o dostanie się do i pozostanie wewnątrz. Po raz pierwszy również proweniencja zombie poddana zostaje próbie wytłumaczenia za pomocą nauki a nie mistycznych mocy (kult voodoo), co związane jest z okresem zimnej wojny i przerażenia, jakie w ludziach budziły efekty działania broni jądrowej (promieniowanie). Horror doczekał się remake’u w reżyserii „Ojca chrzestnego filmów gore”, Toma Saviniego, pod którego okiem szlify zdobywał Greg Nicotero, obecny szef efektów specjalnych na planie serialu The Walking Dead. Sam Nicotero zatoczył swego rodzaju krąg, gdyż jego pierwszą pracą była charakteryzacja zombie w Nocy… Romero. Dzisiaj Noc żywych trupów już tak nie straszy, ale warto znać historię, bo to od tego filmu zaczął się tryumfalny pochód nieumarłych przez kina całego świata.

3. Ocean strachu (Open Water), 2003, reż. Chris Kentis

Trzeci w moim życiu film, który zwielokrotnił przez jakiś czas moje lęki. Przez ten film znienawidziłem bezkresny granat oceanicznej głębi, za którym i tak już nie przepadałem z powodu Szczęk Spielberga. Drugi z filmów w moim zestawieniu, który jest oszczędny w środkach filmowego wyrazu i buduje atmosferę poprzez redukcję a nie nadmiar. Większość akcji filmu dzieje się w jednej przestrzeni i jest kadrowana z jednego, stałego ujęcia kamery trzymanej na granicy tafli wody. Brzmi nudno? Bynajmniej. Napięcie można kroić nożem. Najbardziej przerażająca sekwencja filmu opiera swoją siłę na dźwięku, a na ekranie panuje całkowita ciemność nieregularnie przecinana tylko błyskami piorunów podczas burzy. Horror tworzy tu dramatyczna rozpacz i świadomość bohaterów (a także widzów) beznadziei sytuacji, w której się znaleźli. Druga część była już siódmą wodą po kisielu i nie miała nic wspólnego z filmem Kentisa tak formalnie, jak i artystycznie. Szczęki czekały 10 lat (tak, film Spielberga obejrzałem mając ledwie 12 wiosen), aby inny film przeraził mnie bardziej bezkresem oceanu i czających się w jego granatowo-czarnej toni perfekcyjnymi drapieżnikami.

2. Blair With Project, 1999, reż. Daniel Myrick, Eduardo Sánchez

Drugi film podczas którego autentycznie byłem sparaliżowany strachem, a po seansie jeszcze przez długi czas trzymałem się z dala od jakichkolwiek większych skupisk chaszczy. Minimalizm środków formalnych, brak muzyki niediegetycznej, naturalne oświetlenie, kamera z ręki (nie mylić z shaky cam), rezygnacja z szerokokątnych obiektywów, surowość dokumentalnej formy i grupka studentów w podobno nawiedzonym lesie. Sanchez i Myrick straszą tym, czego nie widać. Wizualizacje pozostawiają wyobraźni widza. Siła tego filmu bazuje na niedopowiedzeniu i zestawieniu świata mistycznego (domniemana obecność tytułowej wiedźmy) z realizmem (świat przedstawiony za sprawą dokumentalnej formy i kamery trzymanej przez bohaterów, a nie niewidzialnego reżysera, traci swój fikcyjny charakter). Przekroczenie czwartej ściany wcześniej ani później nie było tak przerażające.

1. Coś (The Thing), 1982, reż. John Carpenter

No i jest. On. Obywatel Kane kina grozy. Horror doskonały. Pierwszy w moim życiu film, podczas którego uciekłem z przerażenia z pokoju (12-latek ogląda w środku nocy słynną scenę z reanimacją) i już nie wróciłem (oglądanie dokończyłem dopiero na VHSie w ciągu dnia). Remake obrazu z 1951 (The Thing From Another World). John Carpenter porzuca suspens i tajemnicę, którymi cechował się oryginał, na rzecz organicznego brutalizmu gore. Klaustrofobiczny klimat odciętej od świata arktycznej bazy zostaje dopełniony minimalistyczną muzyką i fenomenalną pracą charakteryzatora i specjalisty od plastycznych efektów specjalnych, Roba Bottina (wspomaganego przez inną gwiazdę VFX, Stana Winstona). Protezy, squiby (niezliczona ilość squibów!), miniatury, animacje poklatkowe, mechatroniczne lalki i hektolitry syntetycznej krwi oraz wnętrzności. Do tego projekcje w przyspieszonym tempie i na taśmie puszczonej wstecz. Carpenter sięgnął po cały arsenał najpopularniejszych ówczesnych filmowych środków wyrazu (brakło chyba tylko projekcji tylnej i przedniej), by stworzyć niepowtarzalną atmosferę terroru i niewypowiedzianej grozy. Trochę plastiku, kleju i farby, kilku aktorów oraz drewniany domek. Nie brzmi strasznie, prawda? Ale przepuszczone przez pryzmat wyobraźni Carpentera sieje terror i spustoszenie w umysłach widzów już ponad trzy dekady.

O Bartek

Filmoznawca, medioznawca i ludolog w jednym. Bawi się w doktoryzowanie, wykładając studentom tajniki mediów oraz badając gry wideo na Uniwersytecie Śląskim. Apologeta cyberpunku (Mr. Robot FTW!) i fanatyczny miłośnik filmów sztuk walki. Ubóstwia wczesną twórczość Kevina Smitha, jego kinową anarchię i wulgarność mieszające się z romantyzmem, wzrusza i porusza go wrażliwa wiwisekcja slackerów rejestrowana przenikliwym okiem Linklatera, ulega technicznej perfekcji historii opowiadanych przez Nolana. Nade wszystko jednak oszałamia go poetyka perfekcyjnej kompozycji kadru i montażu Kubricka oraz odpychający naturalizm historii opowiadanych przez szalonego Aronofsky’ego. Jego filmowa wrażliwość dużo zawdzięcza także młodemu Spielbergowi i Lucasowi. Zakochany bez pamięci w talencie Natalie Portman i urodzie Jessiki Biel. Można go czasem spotkać w katowickiej Cybermachinie i na orlikach jak gania za piłką.
Tagi , , , , , , , , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.